Strefa zamieszkania – konieczność, nie fanaberia


Wielu mieszkańców, zwłaszcza kierowców, uważa strefy zamieszkania za tak zwany przerost formy nad treścią. Argumentują, że wystarczą znaki drogowe ograniczające prędkość. Nie mogę się z nimi zgodzić.

Takie rozumowanie byłoby prawdziwe w świecie idealnym, gdzie ludzie są rozsądni i respektują przepisy. Polskie miasta, niestety, do takich światów nie należą.

Na naszym osiedlu na wszystkich uliczkach postawiono niedawno znaki ograniczające prędkość do 30 kilometrów na godzinę. I co się zmieniło? Nic.

Wariaci uliczni jak pędzili, tak pędzą. Co jakiś czas na jezdni znajdujemy zwłoki jakiegoś domowego zwierzęcia, a potrącenie dziecka jest tylko kwestią czasu.

Nie bez znaczenia jest, że właściciele samochodów nie chcą ponosić odpowiedzialności za sytuację, którą poniekąd sami stworzyli – aut przybywa i przy chodniku parkuje ich cały sznur. Mocno ogranicza to widoczność, zarówno kierowcom, jak pieszym, więc szybka jazda jest tym bardziej niebezpieczna.

Tymczasem zmotoryzowani nic sobie z tego nie robią, a stosowne służby nie zaglądają w boczne uliczki praktycznie nigdy. Boczne, ale przez to ani trochę mniej niebezpieczne.

Jest kilka progów spowalniających, ale zdecydowanie za mało, zresztą, paradoksalnie usytuowano je przed dwoma szkołami (średnimi!), a to nie najwłaściwsze miejsce: praktyka jest taka, że nie uczniów tych szkół trzeba chronić, ale resztę mieszkańców przed nimi, gdy pędzą swoimi wysłużonymi autami. 

Nawiasem mówiąc, kto wpadł na pomysł, by dawać prawo jazdy naszprycowanym testosteronem szesnastolatkom powinien puknąć się w głowę.

Tymczasem na osiedlu brakuje nawet... oznakowanych przejść dla pieszych. Zebry są oczywiście tylko przed.. szkołami.

W tej sytuacji pieszy jest zawsze na straconej pozycji – wszak, gdy trzymać się litery prawa, przechodzi w niedozwolonym miejscu.

Dopiero strefa zamieszkania i obowiązujące w niej przepisy, szczególnie chroniące pieszych, mogą odwrócić tę sytuację. Ograniczenia w takiej strefie są zbyt poważne, by kierowcy mogli je bezkarnie ignorować, jak to dzieje się dzisiaj.

Oczywiście, przezorność nakazuje, by znaki uzupełnić fizycznymi ogranicznikami, bo znaki same w sobie nie są idiotoodporne: progi spowalniające, esowanie toru jazdy itp. załatwią sprawę, o ile będą stosowane konsekwentnie wszędzie tam, gdzie są potrzebne.

A kierowcy, zamiast kląć pod nosem na „przeszkadzajki” niech się raczej zastanowią, kto do takiej sytuacji doprowadził. 

Darek Preiss