Można odnieść
wrażenie, że zbliża się kampania wyborcza. Rewolucyjny, jak zapowiadał
magistrat program uczynienia z poznańskiej komunikacji publicznej najlepszej w
kraju to raczej kompilacja pomysłów z dłuższą lub krótszą brodą, zamierzeń
mniej lub bardziej udanych.
W ciągu kilku lat, jak zapowiedział zastępca prezydenta Mariusz Wiśniewski, Poznań (i zapewne aglomeracja) ma szczycić
się najlepszą komunikacją zbiorową w kraju.
Plan bardzo ambitny, ale odnoszę
wrażenie, że wobec nieciekawych (ogólnopolskich) trendów promotoryzacyjnych
miasto po prostu za bardzo nie wie, jak się zachować. A na pewno brakuje mu
stanowczości w realizacji planów. Tej samej, którą tak chętnie okazuje nie tam,
gdzie trzeba, na przykład przemalowując na szaro całą infrastrukturę miejska albo
decydując za mieszkańców Grunwaldu, co ma się mieścić w budynku pływalni
Olimpia.
W komunikacji ma być rewolucja, a będą drobne kroczki. Byle
we właściwym kierunku.
A - czyli atrakcyjność
Trudno o bardziej pojemne słowo – wytrych. Zwłaszcza, że
wiadomo – nie ma to oznaczać niskich cen. Jak powiedziano – najlepsza nie musi
znaczyć najtańsza.
Chyba mało kto nie zgodzi się z twierdzeniem, że atrakcyjna
komunikacja powinna być niezawodna, punktualna i dostępna. Tu jednak nie można
oczekiwać rewolucji – optymalizacja tras i rozkładów jazdy trwa, ciągle, i nie
może być inaczej, skoro wciąż zmieniają się potrzeby. Niezbyt odkrywcze jest
twierdzenie, że punktualność tramwajów poprawia się przez remonty torowisk. To kolejna
never ending story – niezbędne prace gonią wieloletnie zaniedbania i
degradację, a te wciąż im uciekają. Podobne z taborem – w kółko przybywa nowych
pojazdów, coraz nowocześniejszych, ale równolegle stare zużywają się.
Pamiętajmy, że wciąż nie udało się nawet wyeliminować
wszystkich wysokopodłogowych tramwajów – i nieprędko się to się stanie. To
tyle, gdy idzie o dostępność.
O tym, jak marna kultura jazdy kierowców blokuje linie
autobusowe, za chwilę.
Pamiętajmy, że wprawdzie przybywa pasażerów komunikacji
publicznej, ale równocześnie wciąż przybywa samochodów, krzywa pnie się do góry
niczym myśliwiec na dopalaczach.
Miasto wspomina jeszcze o nowych wiatach i budowie parkingów
park & ride – tu też tylko gonimy wieloletnie zaniedbania, w dodatku w
sposób nie zawsze przemyślany – vide choćby niewymiarowe wiaty i nietrafiona
lokalizacja parkingu przy pętli Sobieskiego.
B jak buspasy
Tu robi się stanowczo za mało i za wolno. Sztandarowym
przykładem są Garbary, gdy po protestach kierowców osobówek zrezygnowano z
wytyczenia buspasa na tym odcinku ulicy, gdzie jest najbardziej potrzebny – bo
korki największe. Trzeba przyznać, że kierowcy samochodów osobowych to chyba
najbardziej egoistyczna grupa mieszkańców i nie zazdroszczę miastu przepraw z
nimi.
Zdecydowanie łatwiej budować śluzy i wpuszczać autobusy na torowiska –
motorniczowie nie protestują.
Miasto zapowiada, że nowe buspasy pojawią się w przeciągu
kilku miesięcy – zobaczymy, gdzie, i na ile zdecydowanie uda te plany obronić
przed torpedującymi je zawsze i wszędzie kierowcami. Na razie nie było z tym
dobrze.
C jak cyfryzacja
To w naszych czasach, gdy technologie informatyczne galopują
do przodu niczym wiatr, tak zwana oczywista oczywistość. Dobrze, że odchodzi
się od papierowych biletów. Odnoszę wrażenie, że miasto chce przede wszystkim
po cichu pogrzebać pierworodne dziecko wprowadzonej z wielkim hukiem w 1993
reformy komunikacyjnej – bilety czasowe.
Okazały się one być wielkim
niewypałem, powszechnie krytykowanym. Samochodów przybywało z roku na rok, więc
coraz częściej pasażer płacił niemałe pieniądze za tkwienie w korkach.
Tablice informacji pasażerskiej do dobry pomysł, cóż z tego,
skoro dopiero od niedawna montuje się je niemal wszędzie – na dziś wyposażone
jest w nie tylko czwarta część miasta. W tym roku przybędzie ich... aż 20!
Dobrze, że w końcu zapowiedziano integrację informacji
pasażerskiej na węźle Kaponiera – Bałtyk . Dzisiaj tablice na poszczególnych przystankach
działają tam na zasadzie każda sobie. I nie wynika to z braku możliwości
technicznych.
W tej materii miasto wyprzedziły o kilka długości prywatne
firmy, oferujące aplikacje dla smartfonów.
Magistrat zapowiada też prace nad nową strategią sprzedaży
biletów i poboru opłat. Wreszcie! Pasażer ma mieć możliwość zakupu biletu w
pojazdach, bezgotówkowo, choć już dawno to proste rozwiązanie raz na zawsze
rozwiązałoby palącą od zawsze kwestię braku punktów sprzedaży biletów.
Na rozpoczynający się rok zapowiadana jest wielka reforma
Strefy Płatnego Parkowania – będzie drożej, a strefa ma być szersza, w tym
objąć Łazarz i Wildę. Oby znowu w ostatniej chwili tych ambitnych zamierzeń nie
storpedowali kierowcy, bo tu znowu działania miasta nie nadążają za tym, co
konieczne.
Nareszcie zapytano
mieszkańców
Niewątpliwym pozytywem jest to, że prace nad nową polityka
mobilności rozpoczęto od otwartych konsultacji z mieszkańcami, zamiast, jak
poprzednio, przedstawić Radzie Miasta dokument wysmażony w zaciszu urzędniczych
gabinetów. Dokument, dodajmy, dobry, ale nigdy nie realizowany - może dlatego,
że Poznaniacy nie uznali go za swój.
Może, gdy nowa polityka będzie wypracowana wspólnie z
mieszkańcami, ci dopilnują, by nie została na papierze jak poprzednia polityka
transportowa.
Podsumowując – rewolucji na miarę tej z 1993 roku, gdy to
zredukowano liczbę linii i postawiono na przesiadki (co w praktyce się nie
sprawdziło z powodów jak wyżej), nie będzie.
Jednak, jeśli tylko będzie w miarę normalnie – czyli
magistrat w porozumieniu z mieszkańcami będzie konsekwentnie i nie ulegając
naciskom różnych lobbies wprowadzać oczywiste na świecie rozwiązania, już
będzie dobrze.
W końcu miasto buduje się codzienną pracą, a nie rewolucyjnymi
zrywami.
Darek Preiss
